Aga:

Z.awsze czułam w sobie zew podróżowania, ale kiedy zaczynałam prace w TMF, byłam przekonana że to już koniec – nigdy już nie będę miała okazji pomieszkać sobie w innym kraju, a wszelkie podróżowanie ograniczy się do dwóch tygodniu urlopu w roku. Więc gdy tylko nadarzyła się okazja wzięcia udziału w programie międzynarodowej wymiany pracowników,  spróbowałam swojego szczęścia. Zupełnie nieoczekiwanie, ku własnemu (i Rzepaka) zdziwieniu udało mi się zakwalifikować i za niecałe 2 tygodnie opuszczę mury bezpiecznej kamienicy przy Młyńskiej, zmieniając przytulne katowickie biuro na zupełnie nieznany biurowiec gdzieś w Kijowie, a potem polecę na małą malezyjską wyspę o średnicy 14 km i ilości mieszkańców mogącej śmiało się zmieścić na Stadionie Narodowym w Warszawie.

Aktualnie szykujemy się do podróży, ale zanim wyjedziemy musimy się odpowiednio zorganizować – to znaczy ja muszę swoje pobyty zalegalizować  – Rzepak będzie towarzyszył mi jako turysta. Akurat dobrze się składa, że zarówno na Ukrainie jak i w Malezji  posiadacz polskiego paszportu może spokojnie przebywać w celach turystycznych do 90 dni. Na Ukrainie niestety tylko 90 dni w przeciągu 6 miesięcy, ale na Malezji  można to próbować obejść poprzez nawet krótki wyjazd do innego kraju np. – Singapuru i wspomniany limit zostanie odnowiony. Prawdopodobnie Rzepak, będzie się jednak starał o wizę turystyczną, dłuższą odrobinę, tak żeby przypadkiem nie odmówiono mu wstępu do kraju w drodze powrotnej z jakiejś wycieczki.

Jakie są nasze pierwsze wrażenia po wizycie w  Konsulatach obydwu krajów? Zupełnie odmienne! Mam jednak nadzieje, że konsulat nie jest wyznacznikiem wszystkiego.

Ambasada Malezji

High Commission of Malaysia w Warszawie to miejsce bardzo przyjazne. Od kilku tygodni spokojnie wymieniałam uprzejmą korespondencje z Konsulem – w której zostałam poinformowana o wszystkim i moje wątpliwości zostały rozwiane. Co zaskoczyło mnie niezmiernie, Pan Konsul odpowiadał na maile w przeciągu kilku godzin i zawsze bardzo rzeczowo.  Atmosfera w środku Konsulatu bardzo miła, wystrój również niezwykle kojący: dywany, wygodne krzesełka, szklany stolik, małe drzewka i roślinki. Pani sekretarka bardzo uprzejma i nadzwyczaj przyjemnie  załatwiłam swoje  sprawy. Na drogę dostałam broszury, ulotki a nawet 8 minutowy materiał reklamowy na DVD o urokach Malezji. Kiedy pan Konsul osobiście oddał mi poświadczone przez siebie dokumenty nie omieszkał zamienić słowa i ostrzec przed możliwością oszustw, o których niepokojące informacje do niego dotarły i chciał wiedzieć czy przypadkiem nie zostałam rekrutowana przez Internet, bo w takich sytuacjach zaleca bardzo duża ostrożność. Naprawdę miło!

Konsulat Ukrainy – w Krakowie… to już zupeÅ‚na inna historia. Maile nie dochodzÄ… – na żaden z podanych adresów: „delivery to the following receipent failed permamenty”. Telefon odebraÅ‚ ktoÅ›, kto ani po polsku ani po angielsku nie potrafiÅ‚ udzielić żadnych informacji. Z zewnÄ…trz budynek bardzo Å‚adny – droga do budynku prowadzi Å›cieżkÄ… wÅ›ród kwitnÄ…cej roÅ›linnoÅ›ci, a w Å›rodku:  maÅ‚e, duszne pomieszczenie, dwa okienka, w tym jedno czynne; a w gablotkach w okoÅ‚o wszystkie informacje po ukraiÅ„sku. W tym momencie poczuÅ‚am przedsmak tego co mnie czeka bez znajomoÅ›ci cyrylicy – czyli najpewniej koszmaru. W Å›rodku dużo ludzi – wiÄ™kszość, to obywatele Ukrainy zaÅ‚atwiajÄ…cy swoje sprawy w konsulacie. OdstaÅ‚am 30 minut w kolejce i grzecznie proszÄ™ pana siedzÄ…cego w okienku o wniosek na wizÄ™ typ D:

– Czy mogÅ‚abym prosić wniosek na wizÄ™ typ D?
– A po co?
– Do pracy
– Pozwolenie.

Pan bacznie obejrzał dokument po czym wydał jakieś formularze, kazał uzupełnić i wzrokiem już żegna. Na co  grzecznie pytam:

– Ile czasu zajmuje wyrobienie wizy?
– Od  2-3 dni
– A powie mi Pan jeszcze ile wynosi opÅ‚ata i gdzie należy ja wnieść?
– 85$, a gdzie, powiem jak bÄ™dzie wniosek,
– Czy potwierdzi mi Pan co zaÅ‚Ä…czyć do wniosku?
– 2 zdjÄ™cia, kopie pozwolenia i paszportu.
– Kopie to znaczy ksero czy notarialne potwierdzone?
– Ksero
– uff (odetchnęłam)

Więc Rzepaki wyszły z konsulatu szukać ksera, które na szczęście nie było tak daleko. Zrobiwszy kopie tego co trzeba, myśląc, że już prawie po wszystkim, w tym dusznym pomieszczeniu dołożyłam wszelkich starań, żeby wypełnić wniosek, ale jak to bywa miałam kilka pytań, więc znowu stanęłam w kolejce. Po kolejnych 30 minutach zapytałam o co chciałam, pan sprawdza formularz a ja ku swojemu zdziwieniu zauważam, ze jest jeszcze druga strona..

Znowu czekanie, znowu 30 minut, a w środku dwie spolszczone Ukrainki rozmawiają ze sobą najpierw po ukraińsku, a potem przerzucają się na Polski. Narzekają na Ukrainę – tak bardzo, że absolutnie nie nastrajają optymizmem, narzekają na biurokrację, opieszałość urzędników, chaos informacyjny, ekspedientki w sklepach i na „marszrutkę”. Jeszcze nie wiem co to – ale trochę przerażających historii już słyszałam. Panie po kolei podchodzą do okienka i odchodzą z wyrazem niezadowolenia i wkurzenia. Już chyba wiem o co chodzi, bo kiedy w końcu podeszłam okazać komplet dokumentów (wniosek, plus ksera plus zdjęcia) i wreszcie dowiedzieć się gdzie należy wnieść opłatę konsularną, dowiaduję się, że nie mam jeszcze kopii ubezpieczenia zdrowotnego, oraz że na wizę za 85$ to czeka się 15 dni, a 2-3 dni to na wizę na 175$. Opłatę natomiast – trzeba wnieść gotówką , gdzieś na Racławickiej i jaką wizę to muszę zdecydować tu w tej chwili, bo pan wypisuje kwitek na przelew.

Czyli półtorej godziny stania w kolejce, wypełniony wniosek, brak kopii ubezpieczenia (coś źle doczytałam, ale też nigdzie indziej nikt nie potwierdził dokładnie co potrzeba ) i brak wniesionej opłaty czyli załatwione jedno wielkie G. Kolejna próba w środę – jak już potwierdzę że jestem ubezpieczona..

Rzepak:

Żeby nasze „wizowe” wyjazdy nie poszły na marne trzeba było także skorzystać  z uroków i Warszawy i Krakowa. Warszawa niestety pokrzyżowała nam trochę plany – mimo że opracowałem doskonały plan poruszania się między wszystkimi punktami które mieliśmy odwiedzić (MSZ, biuro TMF, konsulat Malezji) to nie przewidziałem że linia głównego tramwaju który miał nas wozić jest w remoncie. Skutek tego był taki, że przez pierwszą godzinę próbowaliśmy się odnaleźć gdzie i w jaką stronę się udać w labiryncie przejść podziemnych. Nawet GPS w telefonie i google maps na wiele się nie zdało. Gdy dobrze po godzinie 13 udało nam się wszystko załatwić, obraliśmy od dawna zamierzony cel – azjatycka restauracja Shilla gdzie mieliśmy po raz pierwszy spróbować kimchi. Lokal bardzo duży co nie było oczywiste na pierwszy rzut oka, o całkiem ładnym wystroju, chociaż praktycznie całkiem pusty mimo pory lunchowej. Widok skośnookich kucharzy zapewnił nas że będzie to prawdziwie azjatycka uczta. Zamówiłem wyśmienite Bulgogi (które już wcześniej próbowaliśmy robić sami, i mimo że uważałem je za jedną z lepszych rzeczy jakie udało nam się przyrządzić, to te były jeszcze lepsze) a A zamówiła coś czego nazwy nie pamiętamy, ale składało się z kurczaka i dużej dawki pikantności. Do tego oczywiście zgodnie z koreańskim zwyczajem podano kilka przystawek, między innymi kimchi! Wszystko było niesamowicie pikantne, a wspomniane kimchi paliło żywym ogniem. Smak trudny do określenia, pierwsze wrażenie nie wypadło zbyt dobrze, uczta mimo to była bardzo satysfakcjonująca. Po posiłku udaliśmy się na Centralny gdzie po kluczeniu między kasami udało nam się zakupić bilet i wrócić do domu.

A w Krakowie przed restauracja Genji

W Krakowie również za nasz cel obraliśmy restauracje z koreańską i japońską kuchnią – Genji  przy ulicy Dietla. Od razu napiszemy że jesteśmy zauroczeni tym miejscem. Genji oferuje miejsca na parterze oraz w piwnicy kamienicy w której się znajduje, gdzie każdy stolik jest w osobnej sali o surowych ścianach z cegieł, a do poproszenia kelnera używa się przycisku na stoliku. Wszystko jest oczywiście urządzone w dalekowschodnim stylu, a w tle gra spokojna muzyka. Zamówiłem Bibimbapa, którego pierwszy raz spróbowałem w Sztokholmie na lunchu z AZO (pozdrawiamy!), A natomiast zestaw Teryaki Bento który składał się z miso, kilku maki, kurczaka, pierożków, sałaty i oczywiście kimchi! Do tego herbata z japońskiej śliwki (wyjątkowo słodka) i zielona herbata która była już częścią zestawu A. Nie czekaliśmy długo, a że głodni byliśmy wyjątkowo to zabraliśmy się do pałaszowania z ochotą. Bulgogi zostały podane w gorącej, wręcz parzącej misce, co sprawiało że ryż stykający się z naczyniem wręcz się przypiekał – akurat nie przepadam za takim przypieczonym ryżem i moje poprzednie przygody z Bibimpapem nie zawierały takiej atrakcji, ale ogólnie danie było wyśmienite. A również była zadowolona ze swojego zestawu – zupa Miso której miałem okazje spróbować była naprawdę dobra – pierwszy raz spróbowałem miso które faktycznie mi smakowało. A co do kimchi, tym razem było znacznie lepsze! Nie było aż tak ostre i miało dobrze wyczuwalny smak – podejrzewamy że po prostu było świeższe niż to w Warszawie, chyba że prawdą jest że kimchi uzależnia z czasem i że dopiero po kilku próbach można zapałać do niego miłością. Rachunek za cały lunch wyniósł 90zł, co myślę jest całkiem dobrą ceną za obfity (i „egzotyczny”) obiad dla dwóch osób w Krakowskiej restauracji. Na pewno jeszcze tam wrócimy i bardzo nas cieszy że odkryliśmy takie miejsce  relatywnie niedaleko nas, chociaż pewnie gdyby było w Katowicach bylibyśmy tam bardzo częstymi gośćmi. To także jedyny plus tego że A odeszła z kwitkiem z konsulatu Ukrainy bo mamy pretekst żeby odwiedzić Genji drugi raz.