Podróż do Malezji w 3 aktach.

IMG_0394

Akt I czyli Wyruszamy

29 grudnia 2012 roku, pożegnaliśmy się z rodzinką i rozpoczęliśmy podróż na Labuan. Dzięki uprzejmości mojej siostry Agaty, jej Pawła i jego czadowego Volvo (pozdrawiamy całą trójkę), podróż do Warszawy minęła bardzo szybko i sprawnie. Mieliśmy trochę czasu do odlotu, więc przeczekaliśmy go na lotnisku i nakręcaliśmy swój stres jeszcze bardziej. O 16 zrobiliśmy self check-in na automacie i stanęliśmy w kolejce do oddania bagażu. Błąd pierwszy jaki popełniliśmy, to nie zmieniliśmy miejsc w samolocie, gdy była ku temu okazja, przyznaję że to moja wina, ale odczujemy to dopiero w drugim akcie.

Podczas oddawania bagażu okazało się, że w mojej walizce jest 22.4 kg a u Agi 21.5 kg, podczas gdy limit dla nas to 20 kg (co ważne, zaokrąglają wagę w górę więc ja miałem 23 a Aga 22).  Pierwszy lot do Amsterdamu odbyliśmy linią KLM, więc to nie był problem, gdyż oni dopuszczają 23kg, ale Pan przy odprawie uprzejmie nas ostrzegł, że na następnym połączeniu mogą się przyczepić. Poprosiliśmy, żeby nasz bagaż mógł być odebrany w Amsterdamie, jako że mieliśmy 16h czekania oraz nocleg w hotelu, poza tym Pan z KLM stwierdził, że i tak bagaż trzeba będzie odebrać w Kuala Lumpur, bo następny lot jest lokalny i musi przejść kontrolę, co okazało się później nieprawdą. Problem pewnie polegał na tym, że lotnisko na Labuanie jest za małe na nasze Warszawskie standardy i nawet na karcie pokładowej wydrukowane zostało NULL przy nazwie lotniska 🙂 Wsiedliśmy do samolotu, lot przebiegł bez żadnych problemów, na plus to po 2 miejsca w rzędzie i trochę więcej miejsca niż w typowym WizzAir’ze czy innym budżetowym przewoźniku z których do tej pory korzystałem.

Wylądowaliśmy na lotnisku Amsterdam Schiphol, które jest potężne (czwarte najbardziej oblegane w Europie, ciekawostka: kołując po lotnisku przejechaliśmy samolotem po wiadukcie nad obwodnicą Amsterdamu, efekt dla nas świetny, a co dopiero dla kierowców pod nami 🙂 ) Przejście z bramki, przy której wylądowaliśmy,  do miejsca odbioru bagażu trwało dobre 15 minut, na szczęście nasze walizy wypadły na taśmę jako jedne z pierwszych, więc udaliśmy się w poszukiwaniu autobusu do hotelu. Hotel, w którym nocowaliśmy zapewnia darmowy transport z lotniska (busik kursuje co 15 minut). Hotel bardzo fajny, bez szczególnych  rewelacji, ale czysto, ciepło i przyjemnie i ważne, że miła, uśmiechnięta obsługa. Przepakowaliśmy lekko bagaże (właściwie Aga przepakowała), pozbywając się wszelkich opakowań i parę rzeczy przerzucając do podręcznego, mając nadzieję, że zmieścimy się w limicie. Koniec aktu I.

IMG_0406

Akt II czyli Malaysia Airlines Return Ticket Scam

30 grudnia 2012, wstaliśmy około 8, przerażeni czekająca nas podróżą. O 9 byliśmy już na lotnisku szukając wagi. Dzięki sugestii jednego ze strażników podeszliśmy do pustej bramki odpraw i zważyliśmy nasz bagaż. Obie walizki miały po 20.5 kg, więc pełen sukces 🙂 Odprawa już się zaczęła i udaliśmy się do niej z pozytywnym nastawieniem. Problem, który nas spotkał całkowicie to zniszczył, Pani przy odprawie spytała nas jak długo chcemy zostać w Malezji, zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy że pół roku, po czym szybko poprawiłem się że ja tylko 3 miesiące  (bo tyle oficjalnie mogę) i nastąpiło pytanie killer – czy macie bilety powrotne? Okazało się, że Malezja „wymaga” okazania biletu powrotnego i inaczej nas nie wpuszczą, ponieważ „Immigration Office is very strict!„. Zostaliśmy cofnięci z odprawy i musieliśmy kupić jakikolwiek bilet, wskazujący na to, że mamy zamiar opuścić Malezję w ciągu 90 dni. Jako że i tak mieliśmy plan spędzić parę dni w Singapurze, poszliśmy do kasy kupić najtańszy bilet na połowę marca i odeszliśmy 400EURo lżejsi :/ za to biletami do Singapuru na 20 marca. No ale przynajmniej do bagaży się nie przyczepili.

Kontrola przed wejściem do samolotu odbywa się przez przejście przez „kapsułę” skanującą, gdzie trzeba odpowiednio się ustawić, podnieść ręce do góry i czekać aż maszyna nas „obejrzy”, nie jest to jednak kontrowersyjny Body Scanner który sprawdza wszystko, także to co połknęliśmy ;). Następnym rozczarowaniem był też samolot, który nie był słynnym Jumbo Jetem, tylko 777-200. Jeszcze większym rozczarowaniem był układ w samolocie, po 2 miejsca od okien i 5 po środku. Które mieliśmy? oczywiście, że w samym środku środka :/ Co więcej, z całego przejęcia sytuacją pomyliliśmy rzędy i zamiast w 21 usadowiliśmy się w 22, więc żeby nie robić zamieszania, dwie Brytyjki, które miały nasze „nowe” miejsca usiadły przed nami. Na moje nieszczęście, ta która siadła przede mną, bardzo chętnie korzystała z możliwości odchylania oparcia, co bardzo działało mi na nerwy i ograniczało mój, jakże malutki w klasie ekonomicznej „bąbelek” prywatności. Sam lot przebiegł bez żadnych problemów, zero turbulencji, obejrzałem „Resident Evil 4” (do połowy, bo był tak słaby że odpłynąłem), obejrzeliśmy z Agą „Dom na końcu drogi” który był taki sobie, i jeszcze „Transporter 3,” którego też nie dałem rady do końca. Zjedliśmy obiad, na który składał się kurczak w jakimś sosie z ryżem i groszkiem, i było to całkiem dobre, a do tego polali czerwone wino, więc całkiem ok. W Kuala Lumpur mieliśmy wylądować o 6 malezyjskiego czasu, czyli o północy naszego, z tej okazji 2h przed lądowaniem (czyli o „naszej” 22) zaczęto podawać śniadanie, do wyboru był „coconut rice with chilli shrimp” oraz  „pancakes with cherries”.  Nie chcieliśmy ryzykować niczym ciężkim dla naszych skrepowanych 12 godzinnym lotem brzuszków, więc wybraliśmy naleśniki na nasze pierwsze w życiu kolacjo-śniadanie w powietrzu.

Dwie godziny później w końcu rozprostowaliśmy nogi w KL.

IMG_0412

Akt III czyli przemyt leków

Lotnisko w Kuala Lumpur robi naprawdę spore wrażenie, jest chyba jeszcze większe niż w Amsterdamie, a na pewno ma coś czego jeszcze nigdy nie widzieliśmy – Aerotrain – pociąg który wozi pasażerów miedzy dwoma terminalami. Zanim do niego wsiedliśmy, wymieniliśmy dolary na całkiem gruby plik ringgitów. Jeden malezyjski ringgit to 1.012 naszej złotówki, więc czujemy się tu jakbyśmy płacili w naszej walucie. Problem tylko taki, że największy banknot to 100 MYR, a pani w kantorze wydała nam wszystko w 50, a że był tego zapas na dwa miesiące to upychaliśmy pieniądze po kieszeniach :D. Chcieliśmy kupić też coś do picia, co okazuje się nie być prostym zadaniem, gdyż wszystkie sklepy na lotnisku to albo słodycze albo ubrania. Była 6 rano lokalnego czasu, więc generalnie nie było tłumów, lotnisko wyglądało jakby dopiero budziło się do życia.

Udaliśmy się pociągiem do Terminalu A skąd miał być nasz lot na Labuan. Wysiedliśmy z pociągu, wszyscy ruszyli w lewo, my natomiast samotnie w prawo, schodami w dół, gdzie znaki wskazywały nasz terminal. Puste korytarze, obsługa jakby jeszcze zaspana i my. Po drodze wielkie tablice z ostrzeżeniami czego nie można wwozić do Malezji. Oprócz standardowego ostrzeżenia o narkotykach i innych chemicznych środkach, za które może nawet grozić kara śmierci, dostrzegam na ostatniej tablicy ostrzeżenie Ministerstwa Zdrowia, które głosi, że można wwieźć zapas leków na góra miesiąc, przewożenie większej ilości może podlegać karze. OH SHIT.. Nasza apteczka jest pełna przeróżnych leków na wszelkie dolegliwości, jakie tu mogą nas dopaść od biegunki po malarie i waży chyba z 5kg, ale nic nie jesteśmy w stanie już z tym zrobić. Co więcej, przed chwilą doczytałem, że absolutnie zakazane jest przewożenie leków „luzem” bez opakowań. Cóż, główny sposób na odchudzenie mojego bagażu to było pozbycie się wszelkich pudełek i opakowań z leków. Aż mnie zimny pot oblał. Co prawda mamy tam głównie jakieś probiotyki, leki na zatrucia pokarmowe czy „fervexy”, ale kto wie do czego mogą się przyczepić.. Szybko zabrałem stamtąd Agę, żeby nie zobaczyła przypadkiem tego ostrzeżenia, bo byłaby panika. Idziemy dalej, widzimy bramki odpraw, ale nie bardzo wiemy czy mamy podejść bo check-in już mamy, a bagaże nadaliśmy w Amsterdamie. Strażnik jednak wzrokiem kieruje nas do 1szego stanowiska, więc podchodzimy i mówię miłemu panu, że lecimy na Labuan, podaję nasze bilety i paszporty. Pan się uśmiecha, coś pyta koleżankę, nie specjalnie sprawdza nawet nasze paszporty, tylko otwiera na pierwszej wolnej stronie, wbija jakąś pieczątkę i życzy nam miłej podróży. No dobra, to idziemy dalej, zaraz za zakrętem czeka kontrola bagaży, kolejny uśmiechnięty pan macha ręką, żeby kłaść walizkę na taśmę i przechodzić. Jak to zwykle bywa zaczynam wyciągać laptopa i iPada z torby, bo wszędzie tak nakazują, ale pan macha ręką, że nie trzeba, że kłaść i przechodzić. Zdrowe podejście. Zrzucam tylko pasek od spodni, komórkę i portfel i przechodzę przez bramkę. Raz dwa i jesteśmy już po drugiej stronie, na spokojnie patrzymy w paszporty a tam pięknie wbita wiza na 90 dni. Taa, „Immigration Office is very strict!

Zadowoleni (chociaż ja dalej martwię się o leki) idziemy szukać czegoś do picia, co zajmuje nam dobre 10 minut spacerowania. Pierwszy tez raz odczuwamy na sobie zaciekawione spojrzenia tubylców 🙂 W końcu siadamy przed naszym wskazanym wyjściem i czekamy, aż zaczną wpuszczać do samolotu. Póki co ludzi praktycznie nie ma, ale ostatecznie zebrał się cały samolot. Co ciekawe, Labuan nie jest ostatecznym celem tego lotu, jest nim Kota Kinabalu, na Labuanie samolot ląduje tylko na parę chwil, żeby wyrzucić tych dziwnych ludzi którzy chcą tam z jakiegoś powodu przylecieć 😉 Cieszymy się, że przynajmniej wylądował, a nie wypchnęli nas na spadochronach. Wychodzimy z samolotu, uderza nas fala gorąca ( a my ciągle w długich spodniach i bluzach ) i z duszą na ramieniu idziemy po odbiór bagażu. Trochę to trwa ale są, są walizki, jeszcze tylko przejść obok celnika nie wzbudzając podejrzeń i jesteśmy uratowani. Pchamy śmiało nasze wielkie walizy przed siebie i nie niepokojeni przez nikogo wychodzimy do poczekalni, gdzie wita nas Amy, u której wynajmujemy pokój. Ale o tym w następnym wpisie.

Hurra, Wreszcie, po dobrych 50 godzinach w drodze, jesteśmy na Labuanie.

 

Musisz być zalogowany .