Poszukiwania samochodu

czyli pierwszy polski test Perodua Viva.

IMG_0589

Jak już pisaliśmy wcześniej, na Labuanie bez samochodu to jak bez ręki, zwłaszcza dla mnie był to spory problem. Pracując w domu przez cały dzień, żeby coś zjeść muszę dostać się do miasta (albo ugotować sobie ziemniaka w kuchni). Nie to że nie umiem się odnaleźć w kuchni, ale jeśli za 5-6 zł zjem smaczny i obfity posiłek na mieście, to jaki sens jest stać w kuchni nad garami, kiedy temperatura za oknem oscyluje w granicach 30 stopni. W związku z tym nawet kuchnia nie jest zbytnio przystosowana do gotowania czegoś bardziej wymagającego niż „instant noodles”.
W poszukiwania pojazdu zaangażowanych było dużo osób, z Amy, Piusem i Joycelyn na czele. Z pierwszych informacji wynikało, że coś, co jeździ, można już wynająć za 500 RM (czyli 500 PLN), niestety ostatnio popyt zaczął przewyższać podaż, i ceny skoczyły w górę. Pierwsze 5 dni pobytu na Labuanie musieliśmy przetrwać zdani na dobre serce Amy, która zabierała Agę do pracy i organizowała jej powrót, a także zabrała nas na jakieś zakupy.
W sobotę pojechaliśmy obejrzeć pierwszego kandydata na rzepakowóz – był to 7-letni Proton Wira (czyli daleki kuzyn Lancera), będący własnością znajomego Piusa, Kevina. Pojechaliśmy go obejrzeć już po zmroku (który zapada tu po 18), więc nie miałem jak przyjrzeć się szczegółom pojazdu. Niestety już na pierwszy rzut oka widać było sporo obtarć i oznak „użycia”. Kevin zaprosił mnie do środka i zrobiłem pierwszą rundkę dookoła osiedla, samochodem z kierownicą po złej stronie. O ile trzymanie się właściwego pasa i zmiana biegów nie była aż tak trudna jak się spodziewałem, to wrzucenie kierunkowskazu, który jest tam gdzie u nas wycieraczki, było już trudniejsze do ogarnięcia. No cóż, auto jeździło, tyle można o nim powiedzieć, niestety oprócz tej jakże ważnej zalety, miało swoje wady; trzeba było grzmotnąć w deskę, żeby zegary zaczęły działać; żeby otworzyć bak trzeba było przypiąć drucik do wajchy, wysiąść, z drutem w ręce podejść do klapki od wlewu, pociągnąć go, podważyć śrubokrętem zatrzask i przy odrobinie szczęścia można tankować. Dodatkowo kierownica była zamieniona na „sportową”, która rozmiarem przypominała taką komputerową i nie miała poduszki (jeśli w ogóle oryginalna miała). Wszystko to, raczej mnie zniechęciło do tego pojazdu. Jak na 7 letni samochód, to był w naprawdę kiepskim stanie i dało mi to pewien obraz na jakość malezyjskiej motoryzacji.

Następnego dnia Joycelyn zabrała nas na śniadanie do miasta, a potem do Financial Center, gdzie jest kilka tablic z ogłoszeniami typu kupię/sprzedam/wypożyczę. Było parę ofert samochodów do wynajęcia i już prawie umówiliśmy się na kolejne oględziny Wiry, kiedy Amy dała nam znać, że jest nowa Perodua Viva do wypożyczenia za 700RM. Mniej więcej już kojarzyłem ten pojazd z ulic, a przymiotnik „nowa” bardzo mnie ucieszył, więc bez dłuższego zastanowienia odpisaliśmy, iż bardzo chętnie go obejrzymy. Okazało się, że samochód czeka parę ulic dalej, więc szybko byliśmy na miejscu. Tam poznaliśmy pana Kok Wah Chan’a i jego białą Vivę. Po krótkiej rundce wokół miasta, nie było się co zastanawiać, wzięliśmy od razu. Samochód podobno ma 2 miesiące, ale na liczniku już ponad 13.5 tysiąca km, (z czego 300 nasze). Zapłaciliśmy za pierwszy miesiąc plus depozyt, wzięliśmy kluczyki i odjechaliśmy w stronę zachodzącego słońca, tzn do domu.  Jako, że zupełnie nie byłem jeszcze obeznany z jakże skomplikowanym rozkładem ulic i dróg Labuanu; na fotelu pilota zasiadła kolejna serdeczna dusza Labuanu – Angela, która doprowadziła nas do domu. Następnego dnia Joycelyn zdradziła Adze, że Angela bardzo się bała ze mną jechać, „bo szybko jeżdżę”. Cóż, nie przekroczyłem 80km/h, ale już przy takiej prędkości Viva sprawia wrażenie, jakby miała się oderwać od ziemi, a do tego pierwszy raz w życiu naprawdę jechałem samochodem z kierownicą po złej stronie, więc w pełni rozumiem jej strach.

300 km później jestem wstanie napisać parę słów o Vivie. Jedyne zalety tego pojazdu, to to, że jeździ i ma klimatyzację. Poza tym jest to najprostsza, najtańsza możliwa wersja, kosztuje coś około 22tys RM. Ma silnik o pojemności 660cm3, 47 KM i kręci się do 8tyś obrotów, chociaż tego jeszcze nie sprawdzałem. Poza tym ma: szyby na korbkę, ręcznie ustawiane lusterka, plastikowe zderzaki, biały lakier, brak świateł przeciwmgielnych, niedomykające się drzwi kierowcy i chyba 13 calowe felgi stalowe. A, i jeszcze brak wspomagania – biceps mi aż puchnie od parkowania. Precyzja skrzyni biegów jest gorsza niż w maluchu, klimatyzacje trzeba wyłączać w korkach (na luzie przy załączonej klimatyzacji spadają obroty i auto zaczyna się krztusić) oraz przy wyprzedzaniu (taki zabieg daje kopa jak turbina w dieslu). Nie wiem, czy są prostsze konstrukcje na drogach Labuanu, chyba tylko typowe kei cary jak się czasem nawinie jakieś mikro Daihatsu, czy mikro Perodua (są jeszcze mniejsze modele). Do tego wszystko w środku się trzęsie, telepie i gołe blachy tłuką się o siebie, a plastiki pachną starymi skarpetami. Poezja jazdy. Jedno trzeba przyznać, że spod świateł ma dobry start, pewnie zasługa niskiej wagi (bo ileż mogą ważyć blachy cienkie jak papier) i nawet skutery wymiękają 😉 Ma także denerwująca skłonność do losowego włączania alarmu, a także wydaje dziwne dźwięki przy hamowaniu. Pan Chan powiedział jednak, żeby się nie przejmować, tylko jak coś to podrzucić auto do niego, bo jest na gwarancji i sprawdzą wszystko. Viva ma 32 litrowy zbiornik paliwa, a zatankowanie do pełna kosztuje ~50 zł! Tak, w Malezji benzyna kosztuje mniej niż 2 zł za litr. Póki co, zrobiliśmy ponad 300 km i mamy niecałą 1/3 baku, więc na moje oko spali z jakieś 7-8 litrów, no ale kto by się tym przejmował przy takich cenach.

Po pierwszym tygodniu jazdy Vivą, poważnie zacząłem się zastanawiać nad zwiększeniem budżetu na samochód i poszukaniem czegoś lepszego. Niestety, za zwykłego, nowego Lancera liczą sobie ~3000 RM miesięcznie, a Toyota Vios (czyli Yaris w sedanie) to wydatek 1300-1500 RM, więc ostatecznie rozsądnie uznałem, że nie warto, zwłaszcza, że nasza Viva jest jeszcze na gwarancji.

Mimo wad naszego pojazdu, Malezyjczycy są bardzo oddani swoim narodowym markom, Proton i Perodua przeważają na drogach, a sama Perodua była w latach 2006-2010 marką sprzedająca najwięcej samochodów w tym kraju. Może niesprawiedliwie oceniamy jakość malezyjskiej motoryzacji, gdyż jak wspomniałem jeździmy najprostszą i najtańszą wersja, typowym „golasem”. Są lepsze wersje Vivy, z mocniejszymi silnikami i bajerami, i może ciut lepiej wykonane. Poza tym, Malezyjczycy uwielbiają sami usprawniać swoje pojazdy, a zaczynają od założenia sportowego tłumika (dzięki czemu ich keicary z silnikami od motorynek brzmią jak rasowe rajdówki), zakładają porządne alusy, obniżają zawieszenie (tu się nie dziwię, bo jakość dróg jest naprawdę dobra, a i nigdzie nie ma krawężników do podjeżdżania; parkuje się na ulicach), a kończą na obszywaniu deski rozdzielczej pluszem czy innym futerkiem i wsadzaniu migoczących diod gdzie się tylko da. No ale o tym i innych ciekawostkach motoryzacyjnych Labuanu następnym razem jak uzbieramy materiał zdjęciowy 😉

IMG_0748
IMG_1019

 

One Response to Poszukiwania samochodu

  1. Kinga

    Gratuluje nowego pojazdu 🙂 I czekam z niecierpliwoscia na dalsze relacje! Pozdrowienia z Bogoty.

Comments are closed.